Poznański zbiorkom: świadomość nieujawniona

Opublikowane przez IdP w dniu

Jak już nieraz pisaliśmy, sieć zbiorowej komunikacji tramwajowej i autobusowej, całkiem niezła jakościowo, jest poznaniakom przedstawiana „as is”. „Dajemy Wam niezłą sieć, używajcie!” – zdaje się komunikować ZTM (to przenośnia, bo prób komunikowania się z Mieszkańcami nie ma za wiele, a kampania porównująca ceny biletów nie bardzo wyszła). Macie mapki, rozkłady na stronach www, komunikaty (nawet w pojazdach), no to wsiadajcie i używajcie!

W latach 70 (w ustroju dalekim od rynkowego) bank PKO (dzisiejsze PKO BP) w październiku – „miesiącu oszczędności” – wydawał mnóstwo pieniędzy na druk rozmaitych ulotek, plakatów, plakacików i bilbordów lub plansz pojawiających się w mieście. Małe ulotki były do wzięcia w tramwaju, wisiały w gablotkach w wozach… Kampania, zdawałoby się, jak się patrzy, aż w socjalizmie niespotykana. Tyle tylko, że nawet ówczesne gazety pozwoliły sobie na krytykę i miały rację. Nie była to bowiem kampania reklamowa, a informacyjno-propagandowa. Ulotki te nie były reklamą, nie tak były odbierane; było to nudne zestawienie danych: poziom oszczędności, jego wzrost w ostatnich latach, jakieś hasła („Każdy oszczędza w PKO!”).

Wspominamy te stare zdarzenia, by porównać do działań „reklamowych” Miasta Poznania w zakresie komunikacji. Naprawdę – z faktu, że dostępne są w Internecie rozkłady jazdy, mapki i aplikacje planerskie absolutnie nie wynika, że ludzie z nich skorzystają. W naszym artykule (http://idp.org.pl/abc-regresu/) przestawiliśmy kilka ważkich powodów, dla których ludzie raczej nie są skłonni do używania zbiorkomu. A ostatnie „rewelacyjne” zmiany w układzie sieci ZTM i zapowiedzi kolejnych zmian – tylko sprawę gmatwają.

Nasze marzenie (oprócz przywrócenia spokoju w Europie) to pójście Miasta po rozum do głowy, zatrudnienie speców od (nomen omen) komunikacji społecznej i wreszcie aktywne zachęcanie mieszkańców do przejścia na zbiorkom. Ceny paliw bardzo temu sprzyjają!

Wóz czy przewóz?

Powszechnie wiadomo, że amatorzy podróży do pracy i szkoły własnym samochodem porównują to, co nazywają „kosztami podróży” z cenami biletów, oczywiście tych papierowych. Ale „koszt podróży samochodem” to dla nich wyłącznie koszt paliwa. No bo samochód i tak już mam i serwisuję, więc liczę tylko paliwo do pracy. Jest to oczywiście całkowita nieprawda, samooszukiwanie się. Ale ta narracja jest praktycznie jedyną spotykaną.

A przecież jedynym poprawnym sposobem liczenia jest taki: kupuję samochód, używam go X lat, serwisuję, naprawiam, dolewam niemałe ilości paliwa i w sumie podróżuję nim Y kilometrów (np. 300 tysięcy) – wydałem na to wszystko pewna kwotę, dzięki wydatkowi podróżowałem owe Y kilometrów zatem każdy kilometr statystycznie kosztował mnie ileś tam złotych.

Jeżeli używamy samochodu z jakiejkolwiek formy leasingu czy najmu, koszt każdego kilometra jest jeszcze prostszy do wyliczenia: umowa przewiduje rocznie przejechanie np. 20 tysięcy kilometrów, rata miesięczna małego pojazdu (brutto) to np. 1400 zł, dotąd musiałem wlać przez ten rok paliwa za (powiedzmy) 8 tysięcy złotych, zatem w oczywisty sposób każdy kilometr kosztował mnie (12 × 1400 + 8000) : 20 000 = 1,24 zł. Przy obecnych cenach paliw wyniesie to 1,44 zł. Jeżeli koszt raty najmu to 1700 zł (ale większe auto paliwa zużywa więcej), odpowiednie szacunkowe koszty kilometra to 1,57 lub 1,87 zł.

Wobec tego koszt podróży do pracy w jedna stronę (załóżmy 10 km) to przy obecnych cenach paliwa 14,40 zł, większym autem 18,70 zł. Czy te liczby nie robią wrażenia?

Nie, nie robią wrażenia, bo nikt ich nie zna, a miłośnicy jazd samochodem takich rachunków uporczywie nie chcą przeprowadzać. W sprawach cen widzą i wyśmiewają jedynie „najdroższą komunikację w Polsce”, czyli bilet pozwalający przykładową trasę przejechać za 8 złotych. No ale to osiem!!…

Nie czternaście, nie osiemnaście – osiem.

Jeżeli używa się tak po prostu własnego samochodu, nie wykorzystując najmu, koszt każdego kilometra musi przekraczać złotówkę, niezależnie od końcówki wyrażanej w groszach. Jeszcze niedawno było to między 1,10 a 1,30 złotego. Tyle że takich obliczeń przeprowadzać się nikomu nie chce, a rozproszenie wydatków na kilka lat nie sprzyja, by je prawidłowo zebrać.

Nie chcą zanudzić czytających dodamy tylko, że:

  • bilet przystankowy na karcie PEKA umożliwia zwykle taki przejazd za kwotę między 4 a 6 zł,
  • bilet „okresowy” na karcie PEKA (np. 30-dniowy za 119 zł) obejmuje np. 23 dni robocze (46 podróży do i z pracy), co daje koszt podróży na poziomie 2,60 zł, a jeżeli podróżuje się po mieście nie tylko do i z pracy, koszt przejazdu jest jeszcze niższy.

Zatem miażdżąca przewaga cenowa zbiorkomu: 2,60 vs samochodowe 14,40 (lub 18,70). I co?

I nic. NIKT O TYM NIE WIE.

Dla całego obrazu dodajmy jeszcze istnienie taryfy Bus-tramwaj-Kolej, (http://bustramwajkolej.pl/), która licznym przybyszom spoza Poznania umożliwia istotne obniżenie kosztów podróży, a która także nie jest szczególnie propagowana. Ot, tak sobie istnieje, kto usłyszy od znajomego, może zastosuje.

Dlaczego tak jest?

Dlaczego nadal aktualne są nasze uwagi na temat miejskiego marketingu, którego nie ma? (http://idp.org.pl/miejski-marketing/)

Dlaczego następuje regres jakościowy opisany w tym artykule http://idp.org.pl/abc-regresu/?

Dlaczego nie ma żadnych oznak myślenia o aktywnej promocji zbiorkom, czemu sprzyja sytuacja rynkowa paliw?

Dlaczego nie promujemy, jak na to zasługują, przejazdów PKM w ramach Poznania, tam, gdzie częstość kursów jest duża, a czas dojazdu bardzo korzystny?

Dlaczego kolejny raz stosujemy zgubne „poznańskie podejście” – przecież jest coś dobrego, to każdy widzi, nie? nie ma co się chwalić…

Dlaczego zapominamy, by aktywnie wspierać postulat #MakeZbiorKomGreatAgain ?