Ten artykuł nie będzie o tym. Ale musimy wprowadzić: od kilku miesięcy znane jest skumulowanie wielu remontów budów i przebudów, które w taki czy inny sposób dotyka mieszkańców Starołęki, osiedli sąsiednich i mieszkańców części gmin Mosina i Kórnik. Napisano o tym sporo, nie będziemy się powtarzali.

Należy jednak wspomnieć o zamknięciu na wiele miesięcy (do końca roku) przeprawy przez ulicę Gołężycką, przez co korki samochodów na Starołęckiej wzrosły w ogromny sposób.

Drugą z tych „katastrof” była trwająca dwa miesiące wymiana urządzeń zasilających sieć tramwajową w stacji zasilającej Starołęka. Przez ten czas wszyscy, którzy od kilkudziesięciu lat przywykli do używania tramwaju od węzła komunikacyjnego Starołęka „do miasta”, zostali tego tramwaju pozbawieni. Konieczność wymiany urządzeń zasilania objawiła się dość „awaryjnie”. Nie byłoby więc niczym zadziwiającym, by poprzestano na zorganizowaniu autobusowej komunikacji za tramwaj i tyle.

Rozwiązania ratunkowe

Ku naszej wielkiej radości Miasto zadziałało o wiele sprawniej. Nie dość, że przygotowano DWIE autobusowe linie zastępcze na sensownych trasach, to jeszcze „odważono się” przeprowadzić jedną z nich przez tory kolejowe (precedens) i to przez TEN sławetny, na wiele godzin dziennie zamykany przejazd w Starołęckiej.

Taka „odważna” linia autobusowa musiała utykać w zatorach zarówno czekając na otwarcie przejazdu, jak i na wiecznie zapchanej ulicy Starołęckiej (a także na odcinku czasami korkującej się ul. Zamenhofa – linia prowadziła do Os. Piastowskiego z nawrotem przez nieczynne tory tramwajowe). Żeby jak najmniej ucierpiała, po południowej stronie linii kolejowej dokonano radykalnego przeorganizowania ruchu kołowego – wydzielono krótki buspas z myślą o T4, utworzono ruch jednokierunkowy, a nawet tak poprowadzono pas dla zwykłych pojazdów, by autobus wjeżdżając na przejazd kolejowy miał pierwszeństwo przed innymi pojazdami w myśl obowiązujących przepisów dotyczących pierwszeństwa przy zmianie pasa ruchu. Przez pewien czas w godzinach dużego ruchu zatrudniano panów kierujących ruchem, którzy próbowali „sprawiedliwie” wpuszczać pojazdy z dwóch ulic na przejazd kolejowy, w tym autobusy T4. A po północnej stronie zamknięto wjazd samochodów na bardzo trudne w użyciu skrzyżowanie, dzięki czemu kierujący rozpaczliwie próbujący wjechać w tłoku w Starołęcką z Fortecznej nie blokowali dodatkowo jazdy tym autobusom. Do tego zlikwidowano jedno z dwóch pobliskich przejść dla pieszych (bez szkody dla pieszych nota bene).

Z pewnością takie utykanie i wypadanie z rozkładu jazdy było wkalkulowane w pomysł uruchomienia tej linii (T4). A więc uruchomiono także drugą linię T5, która nie przekraczała linii kolejowej, prawie nie utykała w zatorze i prowadziła do niedawno uruchomionej, a dobrze obsadzonej kursami tramwajów i autobusu 174 pętli Unii Lubelskiej. Co więcej – skoro T4 była skazana na bardzo nieregularne kursowanie, przewidziano dla niej rzadki takt co 15 minut, natomiast dla linii T5 takt był bardzo dobry: co 5-8 minut można było skorzystać z autobusu dowożącego od kilku linii z Unii Lubelskiej do Starołęki.

Tak zbudowany układ zastępczej komunikacji miał wiele zalet i Mieszkańcy, którzy z niego korzystali, nierzadko go chwalili. Przede wszystkim Zarząd Transportu Miejskiego ogłaszając taka organizację komunikacji uczynił tę „nieutykającą” linię T5 bardzo atrakcyjną dla pasażerów, a „utykającą” T4 przeznaczono zasadniczo dla tych pasażerów, którzy rzeczywiście muszą poruszać się wzdłuż ulicy Starołęckiej, bo przy niej mają cel lub początek podróży. No i mogą poświęcić czas na jazdę autobusem T4 w żółwim tempie.

A i to nie wszystko!

Nie wiemy, jak to się udało, ale na te dwa miesiące pomyślano, by wykorzystać akurat nadchodzące wakacyjne „okno” zmiany kolejowego rozkładu jazdy, znaleziono pieniądze (wojewódzkie) i… załatwiono 14 dodatkowych par pociągów między stacjami Poznań Krzesiny i Poznań Główny. Te dodatkowe pociągi linii PKM4 miały właśnie być dodatkową linią typu „za tramwaj” (kursy musiały prowadzić do Krzesin z powodów technicznych, na stacji Starołęka nie da się zmienić kierunku biegu pociągu). O ile pamiętamy, zdarza się to w Poznaniu drugi raz, gdy uruchomiono połączenia kolejowe zastępujące tramwajowe.

Wprawdzie mieszkańcy nie byli zbyt zadowoleni, bo dodatkowe 28 pociągów to dodatkowe zamknięcia owego przejazdu, lecz jakoś to wszyscy w końcu zaakceptowali. A pasażerowie tych połączeń kolejowych nieraz wypowiadali w (podsłuchanych, przyznajemy) rozmowach pochlebne opinie o tym rozwiązaniu, porównywali z podróżą S-Bahn (czas przejazdu między Starołęką a Głównym to 7 minut; nieosiągalny rekord sprawności przemieszczania!) i pytali „czy to już zostanie na stałe?”…. A ponieważ nie zostało na stałe, dziś widać opinie „szkoda, było wygodnie”.

Na czas tej tramwajowej „katastrofy” wielu Mieszkańców widząc przeogromne zatory samochodowe mogło zapragnąć dojazdu do węzła (stacji kolejowej) Starołęka rowerami, by tam je zostawiać i jechać do miasta pociągiem. Proszę bardzo! – domyślny Zarząd Dróg Miejskich zainstalował tuż przy wejściu na peron kilka nowych stojaków i to nie oszczędnych „wyrwikółek”, lecz takich porządnych.

Jak widać z tego opisu, „katastrofa” z brakiem tramwajów na Starołęce została obsłużona przez miejskie instytucje w sposób modelowy. Pomyślano o bardzo licznych szczegółach, skoordynowano pomysły, kompetencje i działania kilku instytucji, zastosowano rozwiązania niestandardowe, sięgnięto po kolej. Na tym tle najgorzej wypadła jakość tablic z tymczasowymi znakami.

I jeszcze jedna rzecz wypadła źle.

Na proste pytanie „czy to wszystko było dobrze zorganizowane?” nasza odpowiedź brzmi „cóż, dobrze, że tak się to odbyło…”.

„Propaganda, głupcze!”

Dlaczego nasza odpowiedź jest taka trochę pokrętna, skoro tak szczegółowo opisaliśmy liczne dobre pomysły, z nieukrywaną pochwałą tychże?

Ponieważ zabrakło „propagandy”. Nie pierwszy raz zresztą i obawiamy się, że długo jeszcze nie będzie to ostatni przypadek.

Od roku 2014 trudno oprzeć się wrażeniu, że w Poznaniu wszelkie działania propagandowe są niemile widziane. To znaczy: nie ma atmosfery wydawania na nie pieniędzy. Naszym zdaniem to źle. Nie – to bardzo źle! Należy przy tym stanowczo odróżniać pieniądze wydawane na mniej lub bardziej słuszną promocję Miasta na zewnątrz (z pewnością pieniądze niemałe, a więc w obecnej sytuacji wymagające głębokiego namysłu przed wydaniem) od pieniędzy przeznaczanych na PROMOCJĘ ROZWIĄZAŃ UŁATWIAJĄCYCH ŻYCIE W MIEŚCIE.

W przypadku tej starołęckiej akcji, akcji o wielkim potencjale kształtowania „nowych nawyków komunikacyjnych” właściwych dla miasta, w którym jest dwakroć więcej samochodów niż w Londynie – brak rozpropagowania aż boli. Oczywiście właściwe instytucje miejskie na swoich witrynach urzędowych lub w mediach społecznościowych i profesjonalnych podały te informacje. Pokazano schemat reorganizacji ruchu drogowego i schematy linii ZTM. Opublikowano też rozkład linii PKM4 wyraźnie pokazujący, że ze Starołęki i Krzesin do Centrum można dojechać w rekordowo krótkim czasie dzięki czterdziestu (!) parom pociągów na dobę. Tak, tego wszystkiego nie zaniedbano.

Ale były to TYLKO komunikaty, ogłoszenia, informacje. W znikomym stopniu dotarły one do właściwych odbiorców.

Dowody?

Wskazaliśmy, że obie zastępcze linie autobusowe „zaprogramowano” tak, by linia T5 była bardzo atrakcyjna w porównaniu ze skazaną na opóźnienia linią T4. Obie linie dowoziły pasażerów do (prawie) tego samego miejsca na węźle Starołęka. Ale przecież T5 połączył Starołękę z niedawno oddaną pętlą Unii Lubelskiej. Ta pętla nie utrwaliła się jeszcze w świadomości mieszkańców dzielnicy, bo skąd by miała? Mało kogo „zza torów” interesują tramwaje i autobusy kursujące do tej pętli, póki nie zostanie uruchomione zapowiadane połączenie autobusowe przez nowy wiadukt w Gołężyckiej. Dość, że pętla Unii Lubelskiej nie tkwi w świadomości, jest czymś na razie „odległym” i „zbędnym”. Dojazd stamtąd do Starołęki, choć trwał tylko kilka minut (autobusem T4 potrafił dzięki zatorowi trwać 20 minut lub więcej!), w pod- i w świadomości pasażerów wydaje się jazdą wielce okrężną. I na mapie rzeczywiście taką jest. Ponadto brak tramwajów w ulicy Starołęckiej pojawiał się od czasu do czasu w ciągu minionych lat i zawsze komunikacja zastępcza prowadziła „oczywistą” ulicą Starołęcką. Tak jak T4.

W rezultacie mało który pasażer tramwaju przyjeżdżającego od Wildy i Łazarza wybierał optymalną czasowo trasę przez Unii Lubelskiej, większość z przyzwyczajenia wysiadała na Rondzie Starołęka i cierpliwie (choć zapewne nie spokojnie) czekała, w słońcu i deszczu, na T4, często silnie opóźniony, by potem pokonywać ten kilometr Starołęckiej przez 20 lub 30 minut. Był to widok zadziwiający dla każdego, kto zdawał sobie sprawę z istnienia lepszego rozwiązania. Jak widać, te tłumy pasażerów T4 nie zdawały sobie tej sprawy. To do nich nie dotarło.

Wprawdzie już dość wcześnie ZTM wpadł na pomysł, by o alternatywnej linii T5 informowały komunikaty głosowe w autobusach MPK linii kursujących na południe od linii kolejowej, ale nie dało się zauważyć szczególnie dużej zmiany w przyzwyczajeniach pasażerów. Do samego końca T4 woził o wiele za dużo pasażerów niż wynikałoby to z porównania atrakcyjności podróżowania tą i drugą zastępczą linią autobusową T5.

Trzeba stanowczo zaznaczyć, że do sprawy w najmniejszy nawet sposób NIE przyłożyła się Rada Osiedla, która ograniczyła się jedynie do przeklejania komunikatów instytucji miejskich. Nawet na pytania Mieszkańców rzadko kiedy udzielano odpowiedzi. Socjologia wie, że w tej sytuacji powstają mity, nieporozumienia, oskarżenia. Tak właśnie było.

Żyjemy w czasie, w którym o ludzkich zachowaniach w ogromnym stopniu decydują formy oddziaływania marketingowego. Nawet zwykłe parówki „występują” w zabawnej (?) animowanej serii reklam. Znany od przed wojny preparat dezynfekcyjny zwany po ludowemu „lizolem” wrócił teraz jako „lajzol”; angielskie brzmienie nazwy pokazuje, że jest czymś wspaniałym. Po zmianie tej czy innej ustawy banki „sprzedają” nakazane zmiany jako ich własny ukłon w stronę klienta, produkując za konkretne pieniądze atrakcyjną reklamę na ten temat. I to w różnych środkach przekazu.

Tak działa dziś obieg informacji. Nie każdy kupuje parówki, Lysol czy kredyt. Ale informacji, których dobitnego przekazania w tej starołęckiej sytuacji zabrakło, potrzebował każdy Mieszkaniec tego rejonu.

Zabrakło akcji promocyjnej.

Drugi dowód. Dodatkowe pociągi (za którymi teraz część Mieszkańców wyraźnie tęskni) były rozwiązaniem wspaniałym. Można było poczuć przedsmak przyszłej komunikacji kolejowej, do jakiej, mamy nadzieję, za sensowny czas dojdzie. Obserwacje wielodniowe wskazały jednak, że z pojedynczego kursu PKM4 w roli „pociągu za tramwaj” korzystało typowo między 9 a 14 pasażerów… Oczywiście gdy pociągi były z daleka (a nie te dodatkowe z Krzesin), na stacji Poznań Główny wysiadało znaczeni więcej osób, ale nie te kursy są wskaźnikiem popularności. Policzmy: w normalnej sytuacji – ile osób w ciągu pół godziny odjeżdża ze Starołęki tramwajami? Może 200. Pociągiem odjeżdżało 10 pasażerów. Kilkudziesięciu autobusem T4, niewielu każdym kursem T5, czyli w ciągu pół godziny może 30. Razem doliczymy się może setki. A reszta? Oczywiście samochodami.

Do tego działanie informacyjne (ZTM?) nie było do końca takie „do chwalenia”. Dobry był zamiar ustawienia przy wejściu na peron kolejowy rozkładu jazdy PKM4 przy chodniku, którym poruszają się wszyscy piesi zmierzający „do miasta”. Ale… wybrano dziwaczną formę „potykaczy”, przez co informacja była nisko.

Zresztą taki „potykacz” nie do końca wzbudza w tym miejscu zainteresowanie, bo niestety najbliższa okolica jest „ustrojona” licznymi takimi przedmiotami, przeszkadzającymi, brzydkimi i nieaktualnymi. Do tego na tym niewielkim nośniku sam rozkład jazdy był wielkości kartki papieru z ksero, a informacje na nim wydrukowane były „pechowo” tak ułożone graficznie, że powodowały nieporozumienia (mylono kierunek jazdy pociągu patrząc na niewłaściwą tabelę, informacje użyteczne nie zostały wyróżnione dla oka czytelnika).

Nie takiego rozkładu jazdy należało się spodziewać! Do głowy przychodzi duża tablica, z napisami wysokości kilku centymetrów, przyciągająca uwagę przechodnia. Tego jednak nie zastosowano.

Oczywiście opisywany tu przykład jest dla nas tylko pretekstem do zasygnalizowania tego złego stanu rzeczy – są to braki „propagandy” społecznej ze strony Miasta w bardzo wielu ważnych społecznie sprawach.

I znów pochwała: wprawdzie zabrakło „propagandy” na skalę naprawdę potrzebną, jednak należy instytucjom Miasta oddać, że sprawy tak do końca nie pominięto: zdarzyło się, że już w czasie tego stanu braku tramwajów swoją inaugurację w nowej siedzibie w pobliżu stacji kolejowej miał asz.teatr. W medium społecznościowym oficjele reprezentujący Miasto, którzy uczestniczyli w tej premierze, zamieścili z własnej (zapewne) inicjatywy „reklamówkę” podróży koleją z Centrum: wyraźnie opisali, że tu, do tego teatru na tę premierę dotarli właśnie jadąc PKM z wykorzystaniem karty PEKA z biletem okresowym… Chwała im i za tę indywidualną formę reklamy społecznej.

A zatem

Naszym zdaniem informacja o ważnych działaniach Miasta, która tu nazywamy „propagandą”, jest fatalna. Ten rozbudowany opis dobitnie to potwierdza. W ten sposób nie tworzy się rozwoju. Jednorazowe ogłoszenie i oszczędnościowe tablice to nie jest polityka informacyjna! Nie jest też nią ogłaszanie liczby uczestników tego czy innego procesu konsultacji społecznych czy planów zagospodarowania. Nie o konsultacje tu chodzi. Chodzi o dotarcie z informacją i o niemarnowanie dobrych rozwiązań tylko z tego powodu, że mało kto o nich wie. A także – i nie jest to mało ważne – o łagodne a skuteczne zmienianie przyzwyczajeń komunikacyjnych. Wykazaliśmy tu nieznajomość dobrych układów linii zastępczych Starołęczan. Podobna nieznajomość dotyczy, proszę nam wierzyć!, karty PEKA, korzyści z taryfy przystankowej, jeszcze większej korzyści z zakodowania biletów wielodniowych. Nawet zasady „odbijania” karty nie wszyscy rozumieją (zdarzają się osoby używające przycisku +N, nieświadome, że płacą podwójnie…). Zabrakło akcji informującej o znacznie niższych kosztach dojazdu transportem ZTM od „ulubionych” dojazdów samochodami (kierowcy jako koszt liczą powszechnie tylko paliwo). A przecież wystarczył eksperyment z użyciem pociągu PKM4 zamiast niedostępnego tramwaju, by wiele osób zachwyciło się dojazdem koleją do Centrum. Gdyby nie „wymuszenie” przez fizyczny brak tramwajów, istnienie tego połączenia, na którym na dobę dostępnych jest aż 25 par pociągów, nie doszłoby do świadomości. Nikt tego nie rozpropagował. Ani ZTM, ani Prezydent, ani ulotki, ani wielkie tablice, ani w końcu Rada Osiedla.

Wprawdzie nie jesteśmy zachwyceni osiągnięciami 16 lat prezydentury mecenasa Grobelnego, jednak trzeba przyznać, że o informację dla mieszkańców dbał. Kilkukrotnie zdarzyło się, że do skrzynek pocztowych Mieszkańców były wysyłane ulotki opisujące takie czy inne rozwiązanie i jego motywację. Działania obecnych Władz Miasta pozostają powszechnie nieznane i niezrozumiane. Aktywność społecznościowa Pierwszego Zastępcy Prezydenta, bez wątpienia duża i pełna „zapału”, nie może stanowić namiastki polityki informacyjnej Miasta. Przypominamy sobie sprzed kilku lat aktywność Amsterdamu, który postanowił radykalnie zmienić układ linii tramwajowych. Towarzyszyły temu materiały audiowizualne, bilbordy, rozdawanie ulotek, odbyła się cała debata społeczna.

A dziś naprawdę nietrudno sobie wyobrazić docieranie z informacjami „od Miasta” do Mieszkańców metodami elektronicznymi. Wszak duża część zapisała się na przykład do otrzymywania komunikatów z Centrum Zarządzania Kryzysowego – i dało się pozyskać te kontakty, lege artis. Koszt takich akcji byłby znacząco mniejszy od akcji ulotkowych Prezydenta Ryszarda.

Naprawdę – coś z tym należy pilnie zrobić!

 

PS. W tym artykule nie zajmujemy się zagadnieniem podstawowym: jak w ogóle można było doprowadzić, by kilkadziesiąt tysięcy osób (poznaniaków i mieszkańców powiatu) dotknąć w ciągu kilku miesięcy wieloma katastrofami jednocześnie. Utrudnień mniejszych, średnich i większych – naliczyliśmy ich jedenaście, zwykle pojedynczego Mieszkańca dotykało kilka z nich równocześnie. To budziło wątpliwości nawet u miejskich rajców strony większościowej…

foto: wtk.pl (screen)